arrowNasze podróże arrow Nasze podróże arrow Chile Polski | English


 
Menu Główne
Nasze podróże
Słowo wstępu
Foto Blog
Katalog zdjęć Katalog zdjęć
Wygaszacz i tapety
----------------------
My w mediach
Nasza oferta
Kontakt
Linki
Reklama
Sklep Rowerowy SZUMGUM - częœci i akcesoria rowerowe :: Sklepy Rowerowe
Chile

Pustynia Atacama miedzy Antofogastą a Chanaral
Pustynia Atacama miedzy Antofogastą a Chanaral
Na tym zakończyliśmy oglądanie Altiplano, pokonaliśmy kolejne 400km autobusem przejeżdżając przez pustynie Atacame. Zaskakujące było to ze po wyjedzie z Antofogasty przez 300km nie zobaczyliśmy ani jednego budynku tylko piasek, niewielkie góry - krótko mówiąc prawdziwa pustynia. Tylko zwykle na pustyni są jakieś minimalne ślady życia a tu nic nawet porostów. Chyba jednak nie ma co się dziwić w niektórych miejscach od paru set lat nie padało.


Poranek w Parku Pan de Azucar
Poranek w Parku Pan de Azucar
Bynajmniej pustynia Atacama nie była naszym celem. Postanowiliśmy odwiedzić Park Narodowy Pan de Azucar. Atrakcja tego parku są lasy kaktusów porastające zbocza gór schodzących do morza jak również zwierzaki zamieszkujące wyspę Pan de Azucar. Na miejsce dojechaliśmy wieczorem, było już kompletnie ciemno - stwierdzam ,ze mieszkając w mieście człowiek nie zdaje sobie sprawy co oznacza słowo ciemno. Po prostu było absolutnie ciemno , słowo ciemno chyba nie jest wystarczaj mocne żeby określić jak tam było ciemno. W pośpiechu używając jednej czołówki rozbijamy namioty, ale jak to bywa w Chile nasz obozowy sąsiad widzac nasze zmagania podjechał jeepem i zapalił wszystkie światła jakie tylko fabryka zamontowała na samochodzie, oczywiście ku naszej radości. Rynek był mglisty, zresztą tego się spodziewaliśmy. Jako ,że brzeg opływa zimny prąd Humbolta rano występuje tu mgła niosąca niezła dawkę wilgoci (zwana przez lokalnych "camanchaca") która jest wciągana przez rosnące tu kaktusy.


Lew morski na koło wyspy Pan de Azucar
Lew morski na koło wyspy Pan de Azucar
Ten sam prąd niesie niezliczona ilość pożywianie tak ,że region ten jest rajem dla zamieszkujących tu pelikanów, pingwinów i lwów morskich, aby te "stada" zobaczyć wybraliśmy się na wysepkę mała łodżią. To co zobaczyliśmy na miejscu osobiście zaskoczyło mnie, spodziewałem się ,że coś tam zobaczymy no ale tyle zwierząt na wolności za jednym razem nigdy jeszcze nie widziałem..


Stado lwów morskich koło wyspy Pan de Azucar
Stado lwów morskich koło wyspy Pan de Azucar
Lwy na wyciągniecie ręki..


Pingwin Humbolta
Pingwin Humbolta
Szkoda tylko ,że pingwiny zamieszkujące wyspę nie miały ochoty podpłynąć do lodzi, ale mimo to udało się sfotografować tego nielota ,który wyzionął ducha i został wyłowiony przez naszego przewodnika.


Delfin
Delfin
Wracając z wycieczki tuż przy brzegu pan zaczął wskazywać na cos w wodzie, był to paro metrowy delfin, który zupełnie nic sobie nie robił z obecności łodzi. Bez dłuższego namysłu rozebrałem się do kąpielówek i wskoczyłem do wody (brrr jakieś 12C). Tym razem delfin był nieco szybszy tak wiec kontakt wzrokowy był dosyć krotki , ale mimo to mogę powiedzieć ,ze pływałem z delfinem. Po powrocie zgodnie orzekliśmy (nawet mała Alicja), ze była to świetna wycieczka.


Kaktusy w Pan de Azucar
Kaktusy w Pan de Azucar
Oczywiście jak przystało na twardzieli , z Robinem stwierdziliśmy że nie ma co marnować dnia, szybko zapadła decyzja o zorganizowaniu poobiedniego wypadu w celu obejrzenia na własne oczy tutejszych kaktusów. Jako ,że jedyna mapa okolic znajdowała się na ścianie strażnika parku, niechybnie musieliśmy go odwiedzić, zresztą były nasze drugie odwiedziny pana w tym dniu. Pan jak przy pierwszej wizycie przywitał nas uśmiechem , byliśmy na pewno dla niego urozmaiceniem dnia, w Chile nie często można spotkać turystę z Europy. Posługując się językiem migowym oraz zwrotem "Donda esta (czyli "gdzie jest ...") udało się nam ustalić ze najbliższy region z kaktusami nie jest tak daleko i powinniśmy go znaleźć bez trudu.
Jak przystało na profesjonalistów nie poprzestaliśmy na opisie slowno-migowym i wprowadziliśmy do naszego GPS współrzędne punktu w którym powinniśmy zobaczyć kaktusy. Mając niezbędne informacje chyżo udaliśmy się w rejony w których las kaktusów miął urzec nas swoim pięknem. Parę kilometrów marszu i dotarliśmy na miejsce, zamiast lasu zobaczyliśmy pojedyncze sztuki. Bynajmniej nas to nie zniechęciło, a tylko przekonało ze kierunek jest słuszny.


Kaktusy w Pan de Azucar
Kaktusy w Pan de Azucar
Następne 2 kilosy, pojawiło się coraz więcej kaktusów i dodatkowo Robi zwrócił uwagę na ciekawa bezlistna roślinę która w swoich kłaczach magazynowała wilgoć. w końcu "Ameryka" ! Dosłownie las kaktusów prezentujący się w promieniach zachodzącego słońca , bez namysłu wyciągam moja "smienke" i pstrykam na oślep.


Zachód słońca w Pan de Azucar
Zachód słońca w Pan de Azucar
Po sesji zdjęciowej wracamy do bazy, po drodze robiąc kolejne zdjęcia które niewątpliwie ze względu na te piękne okoliczności i tego tam zostano kupione z pewnością przez National Geographic.


Robin łapie kraby
Robin łapie kraby
Po powrocie jeszcze robie zdjęcia Robinowi uganiającego się za krabami.


Kaktusy rosnce koło drogi do doliny El Mirador
Kaktusy rosnce koło drogi do doliny El Mirador
Wieczorkiem szybka kolacja, korzystając z nawiązanej znajomości z Chilijskim turystami mieszkającym koło nas udało mi się pożyczyć lornetkę. Tak wiec oglądamy niebo półkuli południowej, bez trudu odnajdujemy mgławice Magellana. Z świadomością ,że w pełni wykorzystaliśmy dzień wchodzę do śpiwora i zapadam w błogi sen. W nocy budzi mnie delikatny szum - pada deszcz, wyciągam czołówkę i wyglądam z namiotu. Nie wygląda to najlepiej pada ultra chudziutki kapuśniaczek i jest mgła, dopiero po chwili przypominam sobie tekst z przewodnika o mgle która niesie życiodajna wilgoć. Z nadzieja na to ,że to tylko nocne osadzanie się mgły wsuwam się do śpiwora, i rzeczywiście w przewodniku nie kłamią. Rano pogoda jak drut. Przy śniadaniu okazuje się ,ze zapasy jedzenia niebezpiecznie się skurczyły, tak wiec na następny dzień planujemy wypad z parku do Chanaral a z tamtąd na Pd. do parku Siete Tazas. Jednakże pozostała jeszcze wycieczka do drugiego zakątku parku zwanego El Mirador. Na początku idziemy wielkim kanionem gdzie napotykamy ciekawe zgrupowanie kaktusów


Lis
Lis
przy których przycupnął mały lis oczekujący na dobrotliwych turystów. Korzystając z jego uprzejmości pozwalamy sobie na serie zdjęć. Oczywiście lis w roli głównej natomiast kaktusy posłużyły jako tło.


Bezlistny krzak w dolinie El Mirador
Bezlistny krzak w dolinie El Mirador
Po godzinie marszu docieramy do El Mirador wypełnionej po brzegi kaktusami i dziwnie wyglądajączmi bezlistnymi krzakami.


Kaktusiki rosnące na zboczach gór niedaleko El Mirador
Kaktusiki rosnące na zboczach gór niedaleko El Mirador
Otoczające doline pagórki porastane są przez grupki kaktusów.


Przy nawigacji korzystam tylko z najnowszych technologi tym razem GPS, w innych przypadkach korzystamy z mchu i kompasu
Przy nawigacji korzystam tylko z najnowszych technologi tym razem GPS, w innych przypadkach korzystamy z mchu i kompasu
W drodze powrotnej korzystamy z drogi na skuśke opierając się na wskazaniach GPS. Trasa okazuje się wiele ciekawsze bo nie prowadzi po monotonnej szutrowej drodze.


Scenka z życia namiotowego
Scenka z życia namiotowego
Wieczorem układamy sie do przyjemnego snu a rano następnego ranka łapiemy stopa do Chanaral. Łatwo powiedzieć łapać stopa, dzień wcześniej widzieliśmy ludzi który właśnie łapali stop i wyglądało to nie najlepiej. Średnio 1 samochód na 2h.


Lotnisko w Copiapio
Lotnisko w Copiapio
Czekaliśmy cala godzinę ale już pierwszy samochód nas zabrał, zresztą okazało się ,ze byli to Chilijczycy których poznaliśmy przy okazji wycieczki na wyspę. Pomimo ze początkowo nie mieli w planach jechać do miasta Chilijska uczynność wygrała i podwieźli nas do samego Chanaral . W Chanaral kupiliśmy bilety autobusowe do Copiapo. Oczywiście nie obyło się bez "atrakcji". O mały włos nie uciekł nam autobus do którego zapakowaliśmy nasze bagaże, żeby go zatrzymać musiałem się prawie rzucić pod koła autobusu. Do Copiapo dotarliśmy szybko i sprawnie, później 20min jazda taksówki na lotnisko. Co ciekawe na lotnisku tylko jeden osoba z obsługi mówiła po angielsku, druga niespodzianka to ze trzeba było dotrzeć do samolotu na piechotkę.


Plaza de Armas w Santiago de Chile
Plaza de Armas w Santiago de Chile
Wieczór docieramy do Santiago. Stolica Chile sprawia wrażenie spokojnego i w miarę czystego miasta, troszeczkę przypomina Paryż. Poznawanie miast zaczynamy od wizyty w Mercado Central. Doskonale miejsce jeśli się chce spróbować morskie przysmaki. Zamawiamy parę dań wielkość porcji przerasta nasze oczekiwania.
W trakcie jedzenie staram się nie patrzeć na to co jem, w zupie chyba pływa wszystko co można wyłowić z morza niektóre zwierzątka w zupie ciężko byłoby nawet sklasyfikować. Pomimo makabrycznego wyglądu smakuje dobrze. Później oglądamy Plaza de Armas ,które wieczorowa pora tętni życiem.


Kosmicznym autobusie jedżiemy do Rezerwatu Tieze Tazas
Kosmicznym autobusie jedżiemy do Rezerwatu Tieze Tazas
Rano przenosimy się do Radal Siete Tazas National Reserve na południu od Santiago. Jeszcze tylko 4h podróż z Molina na pole biwakowe ciekawym autobusem , i jesteśmy na końcu świata.


Jeden z wodospadów w Siete Tazas
Jeden z wodospadów w Siete Tazas
Miejsce w którym rozkładamy namiot leży pomiędzy dwoma potokami tak wiec w nocy jest dosyć chłodno a rano dodatkowo czuje się wilgoć w powietrzu. Oczywiście nie przyjechaliśmy tam aby leżeć w namiocie, lecz chcemy zobaczyć zespól wodospadów z przypominających filiżanki stad tez nazwa parku Siete Tazas co oznacza siedem filiżanek. Po drodze do tych filiżaneczek mijamy inny robiący wrażenie wodospad.


Chatki autochtonów na terenie rezerwatu
Chatki autochtonów na terenie rezerwatu
jak również domostwa ludzi mieszkających w obrębie rezerwatu.



 
top

Copyright 2000 - 2005 Miro International Pty Ltd. All rights reserved.
Mambo is Free Software released under the GNU/GPL License.
Created by Michal Szymanski